Artur Tanikowski, Architektura złych dni

Co jakiś czas w przestrzeni dyskursu o architekturze minionego stulecia pojawiają się pytania o jej dzisiejszy wydźwięk, znaczenie kulturowe i współczesne interpretacje w kontekście treści i symboliki, jaką ze sobą niesie.

Problem oczywiście nie jest nowy i nie dotyczy wyłącznie architektury dwudziestowiecznej. W odniesieniu do ziem polskich warto wspomnieć choćby o cerkwiach burzonych po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku czy bożnicach palonych i wysadzanych przez Niemców w czasie II wojny światowej. Temat w odniesieniu do obiektów wzniesionych w czasach panowania reżimów totalitarnych kreuje własne, specyficzne konteksty[1].

Można wątpić, czy pracowniczki Fendiego martwią się faszystowskim pochodzeniem Palazzo della Civiltà Italiana. Gdy każdego ranka przychodzą do pracy, ich szpilki stukają o podłogi wykonane z trawertynu i marmuru, materiałów preferowanych przez [faszystowski] reżim.

To fragment tekstu historyczki z New York University, Ruth Ben-Ghiat, przypominanego co jakiś czas w cyfrowym wydaniu „New Yorkera”[2]. Mussoliniowski obiekt powstawał na niedoszłe do skutku Targi Światowe w Rzymie, planowane na rok 1942. Centrala domu mody Fendi wprowadziła się do budynku zwanego potocznie Kwadratowym Koloseum w 2015 roku i bynajmniej nie usunęła z jego wnętrza inskrypcji z fragmentami przemówienia Mussoliniego z 1935 r., gloryfikującego naród włoski w kontekście krwawej inwazji na Etiopię.

Warto w tym kontekście przypomnieć, że w samym centrum Jerozolimy, niemal naprzeciwko urzędu miasta, wznosi się niegdysiejsza siedziba towarzystwa ubezpieczeniowego Assicurazioni Generali, wzniesiona w 1935 roku według projektu Massimo Piacentiniego, czołowego architekta włoskiego faszyzmu. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że ludzie z Generali zaakceptowali propozycję swego rodaka, odrzucając wcześniejszy projekt czołowego żydowskiego architekta telawiwskiego modernizmu, Richarda Kauffmanna. Oczywiście działo się to w czasach Mandatu Brytyjskiego Palestyny, za rządów, które jeszcze długo nie widziały zagrożenia w reżimach wzrastających w Niemczech i Italii. Dziś budynek mieści siedziby rozmaitych urzędów miejskich Jerozolimy i rządowych Izraela. Jednak o faszystowskich sympatiach jego projektanta mówi się niemal wyłącznie w niektórych przewodnikach turystycznych.

Kłopotliwe dziedzictwo (dissonant heritage) to termin coraz dobitniej funkcjonujący w obrębie materialnej i niematerialnej kultury pamięci co najmniej od połowy lat 90. XX wieku, od momentu publikacji rozprawy Johna A. Thunbridge’a i George’a J. Ashwortha[3]. „Dziedzictwo kulturowe to nie tylko proces nieustającej reinterpretacji przeszłości i wykorzystywania jej do współczesnych celów, lecz także przedmiot konfliktów (…) i kontrowersji – między państwami, narodami, religiami, grupami społecznymi, regionami czy różnymi innymi interesariuszami. (…) Konflikty pamięci, niepamięć oraz problem dziedzictwa kłopotliwego i dziedzictwa niechcianego są również polskim doświadczeniem XX wieku” – pisze we wstępie do omawianego tu tomu Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzeciej Rzeszy w Polsce Jacek Purchla (s. 9).

Rosalia Vittorini, szefowa włoskiego oddziału międzynarodowej organizacji konserwatorskiej Docomomo, zapytana o to, co Włosi myślą o życiu wśród reliktów faszystowskiej dyktatury, odpowiedziała: „Dlaczego sądzisz, że oni w ogóle coś o tym myślą?”[4]. W tym kontekście warto przywołać słowa Roberta Traby. Definiuje on kłopotliwe dziedzictwo jako spuściznę, „której cechą charakterystyczną jest dysonans w strategiach interpretacyjnych tworzonych przez różne podmioty dokonujące jej wartościowania” (s. 28).

Kultura niemal zawsze bywa fragmentaryczna i stronnicza, tendencyjna, nieobiektywna, a wręcz niesprawiedliwa i jednostronna – pisze Christian Fuhrmeister (s. 19) – a kształt kulturowego dziedzictwa wykuwa się zazwyczaj w przestrzeni konfliktu, a nie harmonii. Skoro produkty kultury wynikają z arbitralnych decyzji rozmaitych dyktatorów, przywódców czy wysokiej rangi urzędników, to właściwie dziedzictwo kulturowe wszelakiego rodzaju uznać należy za kłopotliwe. Ale sednem kłopotliwego dziedzictwa jest, według monachijskiego wykładowcy, postrzeganie przeszłości jako historii konfliktów, cierpienia, problemów i straty. W jego obrębie mieści się bez wątpienia architektura Trzeciej Rzeszy w Polsce.

Niektórzy związani z reżimem nazistowskim architekci i planiści – o czym pisze Niels Gutschow – marzyli o stworzeniu „nowych komórek osadniczych na Wschodzie” daleko przed wybuchem wojny, nie wiedząc jeszcze dokąd ten Wschód będzie sięgał. Jednym z nich był Ewald Liedecke odpowiedzialny za planowanie przestrzenne przy nadprezydencie Prus Wschodnich i podległy komisarzowi Rzeszy. W 1940 roku odnotowywał:

Nie istnieje polska kultura zagospodarowania przestrzennego. (…) Jednakże tam, gdzie nie sposób stwierdzić obecności jakiejkolwiek kultury, należy kraj zbudować całkowicie od podstaw, równocześnie likwidując istniejący stan rzeczy. To zadanie (…) sprawia największą radość planiście i urbaniście (s. 68).

Wyżej niż Polaków na swej drabinie rasowej naziści sytuowali Ukraińców, ceniąc – jak pisze Andrzej Chwalba – „lojalność nacjonalistycznych elit ukraińskich” i „chłopskie pochodzenie narodu, który przez wieki zachował walory społeczeństw zamkniętych” (s. 61). Ukraińcy w Generalnym Gubernatorstwie mogli więc, w przeciwieństwie do Polaków, posiadać radio czy kopać Niemców po kostkach podczas meczów piłkarskich. Otrzymywali większe niż Polacy przydziały kartkowe.

Manifestacja Ukraińców z okazji wizyty Hansa Franka w okupowanym Lwowie, 1941–1944;
Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 2-2990

Książka wydana przez MCK traktuje nie tylko o pozostałościach nazistowskiej urbanistyki i architektury na ziemiach polskich, ale też o jej twórcach uwikłanych w ideologię i politykę, reprezentujących niekiedy jedno i to samo środowisko, jak choćby w przypadku „szkoły stuttgarckiej”, o której pisze Żanna Komar. Poznajemy ich personalne i zawodowe powiązania, które doprowadziły tych nierzadko zdolnych planistów do bezgranicznego oddania się w służbę reżimowi hołdującemu architektonicznemu Heimatstilowi – wernakularyzmowi, który idealizował wiejską nostalgię i stawiał znak równości między antynowoczesnością i antyżydowskością.

Znamienny jest w tym kontekście przypadek Huberta Rittera, którego aktywność w Lipsku na dekadę przed wybuchem wojny świadczyła o zdecydowanie modernistycznym światopoglądzie. Natomiast na przełomie 1940 i 1941 roku ten sam Ritter był już autorem nowego planu urbanistycznego Krakowa wraz z jego najbardziej spektakularną częścią – niemiecką dzielnicą rządową (Regierungsviertel), zlokalizowaną na Dębnikach. Miała to być wizytówka „Nowych Niemiec” na Wschodzie – jak pisze Jacek Purchla. Dodaje przy tym, że krakowska działalność planistyczna Rittera miała swe powojenne echa w erze stalinowskiej, mówiąc o „czytelnych analogiach pomiędzy myślą urbanistyczną socrealizmu a neopogańskimi snami o potędze Trzeciej Rzeszy” (ss. 110 i 119).

Niemiecka dzielnica rządowa nie doczekała się realizacji podobnie jak monumentalny luksusowy hotel dla niemieckich dygnitarzy z restauracją na tysiąc miejsc wg projektu Edgara Horstmanna i Franza Koettgena, mający powstać na rogu ulic Dunajewskiego i Garbarskiej w miejscu niedokończonego przed wybuchem wojny „drapacza chmur” Państwowego Banku Rolnego.

Projekt monumentalnego kompleksu Osthotelu w Krakowie, 1941; „Krakauer Zeitung” 24.04.1941,
nr 93, s. 5

Zamiast realizacji wielkich wizji Niemcy podejmowali się doraźnych zadań zmiany krajobrazu kulturowego Krakowa nie tylko zmieniając nazwy ulic, ale też zacierając polskie napisy i symbole na przebudowywanych fasadach śródmiejskich kamienic.

Jednym z nielicznych zrealizowanych przez władze Generalnego Gubernatorstwa przedsięwzięć w ramach „budowy niemieckiego Krakowa” była dzielnica mieszkaniowa dla Niemców przy dzisiejszej ulicy Królewskiej. Powstała według projektów kierownika Biura Planowania Miasta, Georga Stahla i jego współpracowników, jak on – absolwentów Politechniki w Stuttgarcie, a także architektów polskich. Jak pisze analizująca krakowską aktywność stuttgartczyków Żanna Komar, „kształty domów i bloków mieszkalnych zaprojektowanych przy ulicy Królewskiej w Krakowie w pełni dają wyraz wymogom konserwatywnego tradycjonalizmu – wysokie czterospadowe dachy kryte ceramiczną dachówką, symetria, stosowanie łuku spłaszczonego dla otworów drzwiowych i okiennych, kamienne obramienia tychże oraz portali i kamiennych przypór wykonanych z ciosów lokalnych wapieni” (s. 137).

Inauguracja niemieckiej dzielnicy mieszkaniowej w Krakowie…, 14 lutego 1941; Narodowe
Archiwum Cyfrowe, sygn. 2-5586

Podobny wygląd miały typowe budynki mieszkalne w miastach powiatowych rejencji ciechanowskiej, włączonej do Rzeszy (Prus Wschodnich) w listopadzie 1939 roku i przeznaczonej do zasiedlenia przez tzw. Niemców bałtyckich. Jak skrupulatnie wyliczają Małgorzata Rozbicka i Wojciech Wółkowski (s. 191), do 1945 roku w Mławie powstało siedem budynków wielomieszkaniowych, nawiązujących do Heimatstilu, w Pułtusku cztery, w Płocku siedem, w Sierpcu pięć, w Płońsku około ośmiu, w Makowie Mazowieckim cztery, w Przasnyszu trzy, w Ostrołęce trzy (plus kilka parterowych domów bliźniaczych). Dużo bardziej zaawansowana były prace przy nowej zabudowie stolicy rejencji – Ciechanowa. „Do końca miasta wzniesiono prawie całą zachodnią dzielnicę miasta (70 procent), z ponad setką budynków mieszkalnych (…). Kilka budynków powstało też na obrzeżach projektowanego Górnego Miasta” (s. 190).

We włączonym do Generalnego Gubernatorstwa dystrykcie warszawskim projektowano nowe dzielnice mieszkaniowe, przestrzennie i funkcjonalnie oddzielone od dzielnic zamieszkanych przez ludność polską. Zachowała się dokumentacja urbanistyczna związana z nigdy nie zrealizowanym planem przebudowy historycznego centrum Sochaczewa na nową dzielnicę niemiecką. „Rynek planowano otoczyć zwartymi pierzejami piętrowych budynków z podcieniami i (…) wysokimi dwuspadowymi dachami. (…) Po zachodniej stronie placu centralnego, w miejscu wysadzonych ruin zniszczonego we wrześniu 1939 roku kościoła miał stanąć odróżniający się od pozostałej zabudowy przyrynkowej wysoką wieżą reprezentacyjny gmach użyteczności publicznej. (…) Większość terenów przewidzianych pod dzielnicę niemiecką to obszary, na których w styczniu 1941 roku zostało utworzone getto” (Rozbicka-Wółkowski, s. 195).

Sochaczew, dystrykt warszawski GG, makieta niemieckiego projektu przebudowy śródmieścia,
1940; Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 2-8807

W miastach powiatowych GG Niemcy zazwyczaj poprzestawali na przejmowaniu i adaptacji bardziej reprezentacyjnych i nowoczesnych gmachów. I tak w Mińsku Mazowieckim niemieckie starostwo zajęło modernistyczny budynek powstały pod koniec lat 30. XX wieku według projektu architekta powiatowego Michała Sławińskiego.

Mińsk Mazowieck, Gmach przy ul. Kościuszki zaadoptowany ma niemieckie starostwo; Narodowe
Archiwum Cyfrowe, sygn. 2-4337

Z kolei niemiecki starosta Sokołowa Podlaskiego zajął na własną rezydencję pałac przedwojennego potentata cukrowniczego, Zbigniewa Malewicza w okolicznej Przeździatce. Wzniesiony w latach 60. XIX wieku według projektu Henryka Marconiego w typie willi włoskiej, pałac dobrze zaspokajał estetyczne zapotrzebowania niemieckich urzędników gustujących w architekturze historyzującej o tradycji klasycznej.

Przeździatka koło Sokołowa Podlaskiego… Pałac Z. Malewicza zaadoptowany na siedzibę
niemieckiego starosty: Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 2-3779

Ewa Chojecka analizuje niemieckie realizacje w prowincji górnośląskiej, scalonej w 1941 roku z przedwojennych terenów Trzeciej Rzeszy, Polski i Czechosłowacji. Przywołuje między innymi przykład wzorcowego osiedla Eichenkamp pod Gliwicami, zaprojektowanego przez bytomianina Rudolfa Fischera, pierwotnie przeznaczonego dla członków SA, po wojnie zwanego Wilczym Gardłem i znacznie przebudowanego. Zostało ono pierwotnie założone na owalnym planie, a standardowe domy realizowały postulaty Heimatstilu.

Gliwice, domy standardowe osiedla Eichenkamp; Wikimedia Commons, widok współczesny

Wyjątkowe miejsce zajmuje w historii Górnego Śląska propagandowa realizacja na Górze Świętej Anny w latach 1934–1938. Złożył się na nią amfiteatr projektu Franza Böhmera i Georga Petricha oraz mauzoleum członków Freikorpusu poległych w walce z Polakami podczas trzeciego powstania śląskiego (1921), zaprojektowane przez Roberta Tischlera. „Monumentalne założenie wpisane zostało w dawny kamieniołom – pisze Chojecka – obecnie porasta trawą. Mauzoleum zburzono po 1945 roku, a na jego miejscu stanął pomnik Powstańców Śląskich autorstwa Xawerego Dunikowskiego: zderzenie dwóch obcych sobie, wrogich narracji” (s. 249).

Góra Świętej Anny, amfiteatr i mauzoleum na pocztówce z 1940 roku; Wikimedia Commons

Tom wydany pod redakcją Jacka Purchli i Żanny Komar szeroko mapuje tytułowe zagadnienie, choć siłą rzeczy nie kreuje mapy pełnej. Nietrudno zorientować się, że wśród białych plam jest na przykład Gdynia czy Lublin i Lubelszczyzna – z różnych powodów miejsca istotne w granicach międzywojennej Polski oraz terenów Trzeciej Rzeszy i Generalnego Gubernatorstwa.[5]

Tylko nieliczne budowle z tamtej epoki są lub mogą być przedmiotem dyskusji. Reprezentują one przede wszystkim szeroką gamę konfliktów pamięci i niepamięci.

– pisze w odniesieniu do Krakowa Purchla (s. 125). Istota przedsięwzięcia wydawniczego MCK dużo bardziej niż na próbie pełnego obrazu problemu, polega na tym, co dziś wynika z tytułowego znaku zapytania: w jakim stopniu i z jakiego powodu konkretne „pozostałości po najeźdźcach i dyktatorach” przysparzają dziś kłopotu uwikłanej w konkretny projekt polityczny władzy administracyjnej, ale i konserwatorom; jak zarządzać „ruinami po reżimach okupacyjnych”; co robimy, a czego nie powinniśmy robić z tym, co „nie nasze”, ale mocno zapętlone w pamięci zbiorowej.

Warto w tym kontekście przywołać konkluzję Ewy Chojeckiej: „Nazistowska propaganda głosiła (…) totalną tożsamość nazizmu z całą historią i kulturą Niemiec, jako ostateczna ich emanacja. Z kolei powojenna komunistyczna propaganda, wykorzystując traumę ludzkich losów, podchwyciła niszczycielski stereotyp i odwróciwszy go, uczyniła zeń narzędzie totalnego «odniemczenia» i instrumentalizacji (…). Wszystko, co niemieckie, było nazistowskie. Potężna odbita fala nienawiści ruszyła. Budowano mur psychologiczny potężniejszy niż żelazna kurtyna. Dopiero w trzecim pokoleniu od tamtych złych dni próbuje się odnaleźć równowagę i działanie sine ira et studio[6], najpewniej, nigdy do końca” (s. 255).

Przypisy:

[1]Niniejszy tekst został zainspirowany książką Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzeciej Rzeszy w Polsce, red. naukowa Jacek Purchla i Żanna Komar, Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie, Kraków 2020. Ta ważna publikacja zbiera ustalenia polskich i niemieckich badaczy historii, architektury i urbanistyki Trzeciej Rzeszy, zaprezentowane podczas konferencji naukowej „Kłopotliwe dziedzictwo Trzeciej Rzeszy w Polsce”, zorganizowanej w krakowskim MCK-u w grudniu 2018 roku. Ze wspomnianego tomu pochodzą wszystkie cytaty i odnośniki – o ile nie zaznaczono inaczej, w osobnych przypisach.
[2]Ruth Ben-Ghiat, Why Are So Many Fascist Monuments Still Standing in Italy?, „New Yorker” 5.10.2017 https://www.newyorker.com/culture/culture-desk/why-are-so-many-fascist-monuments-still-standing-in-italy (dostęp 5.09.2021).
[3]John A. Thunbridge i George J. Ashworth, Dissonant Heritage. The Managment of the Past as a Resource in Coflict, John Wiley & Sons Ltd., Chichester 1995.
[4]R. Ben-Ghiat, op. cit.
[5]Warto przypomnieć, że o naczelnym architekcie Gdyni podczas okupacji hitlerowskiej i jej ówczesnej architekturze pisała Małgorzata Omilanowska; por. tejże Herbert Böhm, architekt miejski Gotenhafen, i jego działalność w Gdyni w latach 1941–1945, w:  „Porta Aurea. Rocznik Zakładu Historii Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego”, 2012, nr 11,  s. 320–335.
[6]Pol.: „Bez niechęci i bez sympatii; bezstronnie; obiektywnie”.